![]() |
![]() OD AUTORA Kochany Czytelniku. Zapewne chciałbyś zadać pytanie dlaczego QANARIA, a nie: QUANARIA? Śpieszę z wyjaśnieniem. Po prostu posługuję
się nazwą qanariańską czyli zapożyczoną
z języka Atlango. W tym języku litera q wymawiana jest
jak polskie ãkłÒ. Na wiele innych pytań związanych ze światem Qanarii znajdziesz
odpowiedzi zapoznając się na tej stronie z moim kr—tkim
felietonem o cudowności, (Odsłaniam w nim moje wielkie odkrycie szyfru Tolkiena.) Zapraszam do zanużenia się w malachitowych wirach qanariańskiej
tajemnicy.
Parę sł—w od cudopisarza:
Pamiętam, że
gdy byłem dzieckiem, otaczały mnie cuda i cudowności.
O tak, było tego co niemiara. To tu cud, to tam cud. No bo
powiedzcie sami: czy fakty, kt—re tu przytoczę, nie świadczą
o nadnaturalnych (czytaj: cudownych) siłach, czuwających
na drodze obecnego mojego życia? Oto raz cudem uniknąłem
złamania karku na trzepaku, dwa razy cudem nie wpadłem pod
auto (Pobieda i Star20). Albo gdy jeden m—j rodzic zakrzyknął
do drugiego: "Popatrz, to cud! Ten nieuk nareszcie nauczył
się na pamięć, że 7 +1 = 8 !"
Co zaś drugi rodzic skwitował z melancholią: "Może
kiedyś jakimś cudem będą z niego ludzie?
No c—ż. Po latach
ludzie są. (Bo mam dw—ch syn—w.)
No zaraz, a taki
ostatni cud (techniki?) jak na przykład m—j samoch—d (18-letni),
kt—ry rok temu cudem przeszedł przez coroczny przegląd? A to,
że cudem i tylko cudem dociągam do pierwszego każdego
miesiąca?
Ale tak naprawdę,
to ja nie takimi cudami zaprzątałem sobie płat m—zgowy
– ten, odpowiedzialny za marzenia. Ja, pławiąc się
w tym przyziemnym strumieniu cud—w codzienności, wypatrywałem
z utęsknieniem cud—w PRAWDZIWYCH. Ot, choćby cudownych
krain, cudownych przyg—d tamże wiodących, cudnym tropem do
cudnych skarb—w.
I tak, wzmocniony trafną
wypowiedzią żony – cuduję ... przepraszam –
cytuję: "To cud, że się jeszcze dobrze zapowiadasz
jako pisarz." – postanowiłem wyjść na przeciw
cudnemu zewowi i zostać ...cudotw—rcą. No, powiedzmy:
cudopisem.
Oj, długo nie
wiedziałem, jak się za to zabrać. I tutaj cud przyszedł
mi z pomocą. Parę lat temu jakimś cudem spadły
ceny przelotu do i pobytu w atrakcyjnych kurortach. Tak więc
bez zbytniego cudowania wybrałem się z rodziną (żoną
i młodszym synem) na... Teneryfę.
O tak! Mityczne Wyspy
Kanaryjskie. Kanary. Właściwie dotąd kojarzyły mi
się jakoś tak z niefortunnymi jazdami na gapę w tramwajach.
Już w samolocie,
studiując mapę (licząc wyspy archipelagu), doszedłem
do przekonania, że opr—cz siedmiu wysp gł—wnych musi gdzieś
istnieć wyspa —sma. No bo pamiętacie: 7+1 = 8!
A w og—le to byłoby
cudownie odkryć taką nową wyspę. Tak sobie wtedy
pomyślałem.
Odwiedzając słynne
Drzewo Smoczej Krwi (Drago Milenario) w miasteczku Icod, zakupiłem
informator o Wyspach Kanaryjskich. I oto zdarzył się
cud. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się
z niego, że, a jakże, taka właśnie —sma
wyspa istnieje już, i to na dobre, w legendach tej autonomicznej
prowincji hiszpańskiej!
A ja przecież
ją sobie dopiero co wymyśliłem!
Czy to spoglądając
w ocean, czy to nawijając na widelec ser z zupy cebulowej
(polecam!) – rozmyślałem wciąż nad tym cudownym
okoliczności zbiegiem.
Wyspa mityczna, kt—ra
w legendach zowie się San Borondon wynurzała się,
to zn—w znikała, czym doprowadzała do szewskiej pasji kr—l—w
Portugalii, kt—rej to —wczesny papież – na otarcie łez
– tę właśnie wyspę był przyznał.
Zapewne moja przygoda
z Teneryfą skończyłaby się jak to zwykle bywa
banalnie – przypaleniem się na słońcu, zgubieniem
okular—w żony, zmiażdżeniem kaktusa w okolicach
parkingu przy Loro Parque (polecam!), gdyby nie to, że w przedostatni
dzień pobytu pozostawienie na plaży plecaka młodszego
syna spowodowało cud nad cuda – odkrycie świata Qanarii.
No, ale czas kończyć.
Zapewne jeszcze wr—cę, Moi Drodzy, do objawienia Wam cudownych
szczeg—ł—w, a to jak wyłowiłem z oceanu o zachodzie
słońca zielonkawą butlę, a to jak z duszą
na ramieniu przemyciłem ją samolotem, i co się stało,
kiedy w moim domu pod Sztokholmem odważyłem się
wyciągnąć z niej pachnący frutti di mari korek.
No c—ż, powiem
Wam jeszcze tyle, że zapach jaki uderzył mnie w nozdrza
– hm, może nie taki cudowny – spowodował zawr—t
głowy, kt—ry do dzisiaj objawia się dziwnym imperatywem pogłębionej
pracy nad tajemnicą Qanarii. A jeszcze do tego ten pierścień,
ten Emisariusz i ci Volapudzi! Zresztą, przeczytajcie sami
poniższe opowiadanie. Tak, będę ją – tę
tajemnicę i ten świat Qanarii – odsłaniał
przed Wami stopniowo, gdyż jest to – wierzcie mi (jak 7+1=8!)
– ekstra mocna dawka cudowności.
A zakończę
to zdaniem w Atlango – najcudowniejszym języku świata:
(podaję w cudysłowie... przepraszam – w cudzysłowie)
"Mi invita Tu
al le magya mondo di Qanaria."
Wasz cudopisarz
Richard A. Antonius |
![]() |
|
Spisek
na Tolkiena, język Atlango i znikająca wyspa.
Copyright © 2006
Richard A. Antonius
Nie przypuszczałem, że tego spokojnego,
sierpniowego popołudnia stanę się władcą
pierścienia oraz tajemnicy, kt—ra każdego miłośnika
fantastyki, a już na pewno tw—rczości J R R Tolkiena
przyprawiłaby o zawr—t głowy. Tak, prawdziwa sensacja. I to taka na pierwsze
strony fanzinow świata.
A do tego jeszcze odkrycie
nieznanego dotąd języka o kt—rym pewien tajemniczy emisariusz
z Teneryfy powiedział: ÓTo najpiękniejszy język świata.Ó Jestem amatorem interlingwistą. Moje
zainteresowania językami konstruowanymi z trudem tolerowane są
przez rodzinę, przez przyjaci—ł przyjmowane są z uprzejmą
pobłażliwością, a przez dalszych znajomych...
nie, tamtych raczej nie
poinformowałem o tej
ÓprzypadłościÓ.
Odkąd zamieściłem
na internecie artykuł na temat język—w wymyślanych - w tym także tolkienowskich
język—w Śr—dziemia - utrzymywałem elektroniczną
korespondencję z pewnym człowiekiem przedstawiającym
się tajemniczo - jako Emisariusz
z Teneryfy. Zaczęło się
od tego, że w pierwszym swoim liście zwr—cił mi uwagę
na pewną nieścisłość jaka zakradła się
do mojego tekstu. Pisał tak: Ó Pozwalam sobie na
mała uwagę, że
do fragmentu w kt—rym omawia pan języki tolkienowskie wkradła
się nieścisłość. Otoż nie jest prawdą
jakoby JRR Tolkien nie interesował się jezykiem Esperanto.
Przeciwnie -znał go i kilkakrotnie pozytywnie się o nim
wypowiedział. Chętnie podam panu odpowiednie źr—dła.Ó Byłem mu wdzięczny,
za tę informację, ale jeszcze bardziej za E-mail, kt—ry
- o czym nie powiedziałem żonie - był jedynym jaki
otrzymałem na temat mojego artykułu.
Parę dni p—źniej
znowu się odezwał i odtąd korespondencja nasza utrzymywła
się z jego inicjatywy. A kiedy przyznałem mu się do
plan—w wydawania pisma na temat język—w wymyślonych - jego
E -maile zaczęły coraz częściej gościć
na moim monitorze. Odniosłem wrażenie,
że chce dowiedzieć się o mnie jak najwięcej podczas
gdy sam pomijał milczeniem uprzejme zapytania moje choćby
o pracę, o rodzinę, o zainteresowania. A jednak każdy
jego list przynosił interesujące wiadomości, a także
linki do stron internetowych godnych odwiedzenia. Co ciekawe, często
traktujących... o mitologii Wysp Kanaryjskich. Po jakimś czasie
wzbudziło to we mnie podejrzenie, że człowiek
ten pragnie naprowadzić mnie na jakiś ważny dla niego
temat.
Zaskoczenie moje było
całkowite kiedy nadesłał wiadomość, że
ma pojawić się w Sztokholmie. ÓTak się składa,
że w najbliższym czasie będę w pańskim mieście
z kr—tką wizytą. Liczę, że znajdzie pan wtedy
nieco czasu na spotkanie i rozmowę. To ważne.Ó
I rzeczywiście,
Emisariusz z Teneryfy zadzwonił. Domyśliłem
się, że zna Sztokholm bo sam zaproponował kawiarnię
przy jednej z morskich zatok. Odrazu przepraszał, że może
się sp—źnić. ÓGdybym zaś nie
przyszedł Ó-powiedział enigmatycznie -ÓTo proszę o
wyrozumiałośćÓ. Ustaliliśmy, że
jako znak rozpoznawczy będę miał ze sobą zieloną,
kartonową teczkę. Chłodnawy wiatr znad zatoki szarpał
ż—łtoniebieskimi parasolami. Był początek sierpnia,
a więc tu w Sztokholmie zaczynała się jesień.
Znad pustej już
filiżanki kawy spoglądałem na przechodni—w pr—bując
zawczasu odgadnąć, kt—ry to z nich skieruje swe kroki w
moim kierunku. Nieopodal pod latarnią
pojawił się rowerzysta i zaczął z uwagą pompować
koło. Spod kepsa z daszkiem odwr—conym do tyłu świeciły
jego łyse skronie. Przy rowerze stał plecak. Zaraz, kogo on przypominał? No właśnie:
sucha, jakby przyczajona postać Goluma - strasznego trola z tolkienowskiej
sagi. W prześwicie zatoki
pojawił się żaglowiec i stado mew ze skrzekiem zatoczyło
koło nad kawiarnią. Kiedy już zacząłem podejrzewać,
że emisariusz nie pojawi się - usłyszałem za plecami
brzęk stawianej na stoliku filiżanki. Mężczyzna
z cerą południowca, w ciemnych okularach i w jasnym trenczu
tonem pytającym wypowiedział moje nazwisko. Podał mi
dłoń i zanim odsunął krzesło rozejrzał
się uważnie po okolicy. Przeprosił za sp—źnienie. Jego głos brzmiał
bardzo cicho i z trudem przebijał się przez łopot parasoli.
Na jego czole dostrzegłem krople potu, kt—re po chwili
starł chusteczką. Pomyślałem, że chyba biegł
na to spotkanie, a teraz - no tak - nadal sprawia wrażenie czymś
zaniepokojonego. Sam zauważył
moje badawcze spojrzenie bo powiedział: -Jestem trochę
zdenerwowany. -Pochylił się ku mnie. -Oni... są wszędzie.
Są coraz bliżej. Mimowiednie poddałem
się dreszczowi niejasno zasygnalizowanej grozy. Rozejrzałem
się. Wychudzony rowerzysta nadal pompował koło, zdycyplinowana
wycieczka Japończyk—w digitalnymi aparacikami uwieczniała
żaglowiec. -Kogo pan ma na myśli?
-Zapytałem pochylając się nad zieloną teczką. -Nie chciałem o
tym pisać. Teraz mogę panu to powiedzieć. To Volapudzi. Pierwszą myślą
jaka mi wtedy przeleciała przez głowę było, że
oto mam doczynienia z człowiekiem dotkniętym manią
prześladowczą. Drugą - że będę musiał
się pogodzić ze stratą czasu. A trzecią, że
może to mieć coś wsp—lnego z prastarym językiem
o nazwie VolapŸk skonstruowanym przez
katolickiego księdza z Niemiec. -Chyba pan rozumie.
Nie mogłem panu wcześniej o tym napisać. Poza tym mogliby
to przechwycić i uniemożliwić nasze spotkanie. A sprawy
jakie chciałbym panu wyjawić
są niezwykle delikatne. Przez chwilę patrzył
na mnie znad ciemnych szkieł jakby czekając aż wzrośnie
moja ciekawość. -Spisek przeciwko Tolkienowi,
język Atlango i znikająca wyspa. -Powiedział niespuszczając ze mnie wzroku. Nieukrywałem, że
zabrzmiało to dla mnie interesująco. Rzeczywiście,
było to jak gotowy tytuł. -To coś dla pańskiego
pisma. Nadszedł czas aby pewnym sprawom nadać właściwy
bieg. Powiedzmy: rozgłos.
-Poprawił się. -A ci Volapudzi? -Zapytałem. -Właśnie.
Naprzek—r im. Podni—sł do ust
filiżankę, rozejrzał się dookoła i znowu
pochylił się nad zieloną teczką. Teraz mogłem
go lepiej słyszeć. -Jak pan już wie,
pochodzę z Teneryfy. Z miasta portowego. M—j ojciec był
marynarzem. -Ach Kanary.-Rozłożyłem
w zachwycie ramiona. - Smocze Drzewa, wulkan Teide... -A więc zna pan
ten odległy zakątek Europy.
-Byłem na pańskiej przepięknej wyspie. Dwa razy. Czyżbym
o tym nie wspomniał w moich listach? Ogromne sosny, słońce,
kt—re czasami przesłania
ż—łty piasek nawiewanym z Sahary -wyliczałem dalej- i cudowny ocean... -Prawda? -Uśmiechnął
się i wskazał palcem wz—r na zielonej teczce. -Widzi pan?
Jak na Atlantyku. Malachitowe wiry. -Czy m—głby mi
pan zdradzić tajemnicę- zapytałem -dlaczego przedstawił
się pan jako Emisariusz? -Zdradzę panu więcej
tajemnic. Widzi pan, reprezentuję Awiatoryst—w z îsmej Wyspy.
-Wyspa z kanaryjskich
mit—w? -Tak. San Borondon.
To właśnie o tę wyspę mi chodzi. Ot—ż był
na niej m—j ojciec. Po roku wydostał się stamtąd. Dosłownie
cudem. I według tego, co zdążył mi przekazać przed swoim zaginięciem - wyspa ta
naprawdę istnieje. Ojciec nazywał ją Qanaria. Na tej
wyspie powstał język Atlango. Jego tw—rcą był
człowiek nazywany Wielkim Awiatorem. Wszystko to miało miejsce
jeszcze w poprzednim ÓwyłonieniuÓ. -Przepraszam. Powiedział
pan w y ł o n i e n i u ? -Ta wyspa - jakby to
powiedzieć - nie istnieje stale. Ona co jakiś czas zanika. -Jak to? -Zapytałem.
-Zanurza się? -Niezupłnie...
ona zapada się. W inny wymiar. Zakłopotany podniosłem
do ust pustą filiżankę. -Ja wiem, że to
brzmi niewiarygodnie... Nikt w to nie chce uwierzyć. W dodatku
cała ta sprawa jest kamuflowana.
Słyszał pan o J. Cayce?
-Niestety nie. -Amerykański jasnowidz.
Przepowiedział, że w roku 1968 wyłoni się z oceanu
Atlantyda. Myśli pan, że nic się nie wydarzyło?
A jednak on miał rację. Wtedy bowiem wyłoniła
się ponownie îsma Wyspa. I oczywiście znowu uaktywnili się
Volapudzi. -Kto taki? -Tak, tak. Po kolei. Byłem wdzięczny
mojemu rozm—wcy kiedy wreszcie sam zauważył, że nie
nadążam za jego opowieścią. -Już tłumaczę:
Volapudzi. To pochodzący z tej wyspy przeciwnicy jakiegokolwiek
ujawniania przed światem prawdziwego istnienia wyspy. W dodatku
są to zwolennicy dyktatury. Ale musi pan wiedzieć, że
działają r—wnież na terenie Europy. Ich siatka jest
dobrze zorganizowana i każdy kto wychyli się ze swoimi zainteresowaniami
Qanarią lub językiem Atlango - tu zciszył głos
- może liczyć się z nieprzyjemnościami. Poczułem jak po
plecach przebiegają mi mr—wki emocji. Wzmocniły to następne
słowa mego rozm—wcy: -Południowa Europa czy też Skandynawia
- to dla nich żadna r—żnica. Raptem w dłoniach
mojego rozm—wcy zaszeleścił papier, kt—ry ten rozprostował na malachitowym wzorze
teczki. -Niech pan spojrzy.
-Zachęcił. Rysunek przedstawiał
coś w rodzaju rozczłonkowanego skorpiona, kt—ry jakby kleszczami
pr—bował pochwycić rybę. Postukał palcem
w rysunek i popatrzył pytająco znad ciemnych okular—w.
-Skorpion i ryba. -Zauważyłem. -Słusznie, ale
zechce pan przyjrzeć się dokładniej. Nie przypomina
to panu ... mapy? -Mogłyby to być
Wyspy Kanaryjskie -przyznałem - ale... ta ryba... -Zgadł pan. To
są Wyspy Kanaryjskie. Niech pan policzy. Jest ich siedem. A ta
ryba symbolizuje îsmą
Wyspę. Ten rysunek to odrysowany detal z bardzo starego obrazu.
Zna pan malarstwo Archimboldo? -Owszem, widziałem
reprodukcje. Człowiek zbudowany
z książek, twarz z warzyw i owoc—w albo profil zbudowany z samych kwiat—w. -I ten rysunek przedstawia
fragment takiego właśnie portretu. Był to portret starego
marynarza ułożony z samych ryb, krab—w, kameleon—w, ślimak—w
i skorpion—w. Ten szkic
jest dziełem mojego ojca. Zbierając myśli
specjalnie dłużej przyglądałem się rysunkowi. -Ale co może mieć
wsp—lnego ze znikającą
wyspą JRR Tolkien? - Zapytałem pr—bując wprowadzić
do rozmowy pewien ład. -Wspomniał pan o spisku. -A jednak ma. Niech
pan posłucha. Nieznajomy złożył
rysunek i poprawił się na krześle najwyraźniej
przygotowując się do nowej opowieści. -To właśnie
m—j ojciec dowiedział się o spisku na Tolkiena. -Nigdy o czymś
takim nie słyszałem. Kiedy to było? -Na progu Pierwszej
Wojny Światowej. Słyszał
pan... -Tu rozejrzał się dookoła. -Słyszał
pan może o niejakim Krogultsu? -Absolutnie nic. -To obecny szef wszystkich
Volapud—w w całej Europie. To on odpowiedzialny jest za wyciszanie
sprawy 8-ej Wyspy i jej języka. I trzeba przyznać, że
robi to skutecznie. To właśnie jego agenci depczą mi
po piętach. Na lotnisku... przepadły moje bagaże. -Pan żartuje. -Nic a nic. Naszczęście
nie było w nich nic ważnego. To wszystko mam tutaj. W kieszeni.
Ot—ż dziadek tego
Krogultsa nazywał się KlugŸlahelik. Wie pan, to takie nazwisko
w języku VolapŸk. Ot—ż jako agent Volapud—w działał on przed Pierwszą
Wojną na terenie Gibraltaru. Stamtąd podr—żował
po Europie i wielu badaczy Atlantydy, a także literat—w odnotowało
wizytę pewnego tajemniczego i groźnego typa. KlugŸlahelik
miał maniery dyplomaty, a przy tym wielki dar przekonywania.
Ale podobnie jak i m—j ojciec -tak i ja jestem przekonany, że
na pewno, gdy było trzeba, posuwał się do pogr—żek.
To działało. Badacze Atlantydy, archeolodzy i pisarze, jeden
po drugim przenosili swoje zainteresowania Atlantydą -byle dalej
od Wysp Kanaryjskich - w inne rejony świata. Wie pan, Morze Egejskie,
Krym, a nawet Pacyfik. Po pewnym czasie ten
fanatyczny agent przeniosł się do Hiszpanii. Podobno za
swoje zasługi zakupił
winnicę w Andaluzji. Tam zaś dowiedział się
o pewnym księdzu, kt—ry zafascynowany był Atlantydą,
a co gorsza - wiązał mit îsmej Wyspy z pozostałością
po jej cywilizacji. Dziadek
Krogultsa postanowił go uciszyć, tym bardziej, że —w
ksiądz -o zgrozo -coś niecoś wiedział na temat
języka Atlango i snuł plany
odnalezienia mitycznej wyspy na kt—rej niegdyś - jak pan
zapewne czytał w przesłanych materiałach - Święty
Brendan z Irlandii wylądował ze swoimi mnichami. Ale pewnego dnia ksiądz
przepadł. KlugŸlahelik
był jednak wytrawnym agentem i - proszę sobie wyobrazić
- odnalazł go. Jakiś czas p—źniej w Anglii. W Birmingham. -Zaczynam rozumieć:
Zbliżamy się do Oxfordu. -Tak. W tym czasie -niech
pan zauważy - Tokien jako sierota - stał się podopiecznym
tegoż właśnie księdza. Obserwując dyskretnie
nowego opiekuna Tolkiena -
KlugŸlahelik dowiedział się, że niebezpieczne idee
księdza znalazły doskonałe podłoże w marzycielskim
umyśle jednego z jego podopiecznych. Postanowił więc
działać. Całą sprawę op—źniło przeprowadzenie
się Tolkiena do Oxfordu. -A wie pan -Przerwałem
mu opowieść. -Sprawdziłem
tę sprawę z Esperanto. Miał pan rację. Na pewno
dokonam w moim artykule pewnych zmian. -Jeżeli już
jesteśmy przy tym to niech pan zwr—ci uwagę na pewną istotną sprawę. Jak pan myśli,
co mogło pobudzić zainteresowania Tolkiena konstruowaniem
język—w ? M—j rozm—wca dał
mi odrazu znak ręką, że ma coś o tym do powiedzenia.
-Wystarczy zauważyć,
że w tym czasie zakazano Tolkienowi kontakt—w z kobietą,
kt—rą pokochał. C—ż robi w takiej sytuacji skryty i
nieśmiały lecz obdarzony wyobraźnią młodzieniec?
Wpada na pomysł by sięgnąć po Esperanto i podejmuje
pr—bę aby ten język uczynić hermetycznym językiem porozumiewania się ze swoją
ukochaną. -Zaskakująca hipoteza. -Tak. Nikt na to jak
dotąd nie zwr—cił uwagi. Nawet badacze Tolkiena. Najwyraźniej jednak jego narzeczona
nie podjęła tego pomysłu. Dlatego uparty marzyciel
postanowił stworzyć
dla nich sw—j własny język. Być może, że
częściowo -poprzez opiekującego się nim księdza
zapoznał się z pierwotną wersją języka Atlango,
kt—ry wtedy nazywał się na N...
Natlango. -Rzeczywiście.
W jednej ze swoich wypowiedzi Tolkien chwali bliżej nieokreślony
język N. A ja myślałem, że to chodziło o
jakiś język z krainy Numenor. -Ciepło, ciepło! Twarz mojego rozm—wcy
rozjaśnił uśmiech. -Pan wie, że od Numenoru do
Atlantydy niedaleko. Chociaż... Wyjął nagle
długopis i na papierowej
serwetce skreślił jakieś litery. Za chwilę
podał mi serwetkę. Były tam dwa słowa:
Numenor i Ronemun. -Że też nikt
nie zadał sobie trudu aby przeczytać niekt—re tolkienowskie
terminy odwrotnie. -Powiedział chcąc naprowadzić mnie
na trop. -Niech pan się przyjrzy uważniej: RON ald +
E dith M ary... -A to ÓunÓ? -United! Pokiwałem głową
z uznaniem. -Coś w tym jest. -Widzi pan. To też
coś dla pańskiego pisma. Ale gdzie myśmy to byli? Acha.
Krogulets! Odruchowo rozejrzałem
się. Nazwisko to wypowiedział bowiem tonem ostrzeżenia. -Niech pan słucha.
-kontynuował -W Oxfordzie młody Tolkien często wyprawiał
się na dalekie, rowerowe wycieczki. Kt—regoś dnia nad brzegiem rzeki zajechał mu drogę
nieznajomy. Przepraszając nawiązał uprzejmą rozmowę. Znowu odwr—ciłem
głowę i rozejrzałem się. Dziwne. Rowerzysta pod
latarnią ciągle i wytrwale pompował koło przy
swoim rowerze. -Słucha mnie pan? -Tak, oczywiście. -To właśnie
KlugŸlahelik odciągnął uwagę młodego
Tolkiena od Atlantydy i îsmej Wyspy. I jak pan wie - udało mu
się. -Niewiarygodne. -Prawda? Oczywiście spotykali się jeszcze
kilka razy. I właśnie od tego czasu Tolkien porzucił
ostatecznie swoje fascynacje Atlantydą, zrezygnował z dalszej
nauki hiszpańskiego, a pod wpływem niewątpliwie sugestywnej namowy KlugŸlahelika skierował
swoją ciekawość... na p—łnoc. A zamiast w języku
Natlango - rozsmakował się w języku walijskim i...
fińskim. -I zajął się
kaligrafią. -Uzupełniłem i dodałem: -Muszę przyznać, że ta
zaskakująca historia z chronologicznego punktu widzenia mogłaby
się zmieścić w biografii pisarza. -I tak też było.
Wie pan, dziadek Krogultsa nazywał ten sw—j wyczyn Zwycięską
Bitwą Nad Cherwell. -Przecież Tolkien
wtedy jeszcze niczego nie napisał. -Tak, oficjalnie - nie,
ale Volapudzi byli czujni aż do przesady. I tacy są r—wnież
dzisiaj. Natychmiast pojawiają się tam, gdzie zaledwie ktoś
pisnął cokolwiek na temat Atlantydy, îsmej Wyspy albo języka
Atlango. Fanatycznie
przestrzegają zasady izolowania
îsmej Wyspy. -A Awiatoryści
-jak rozumiem - przeciwnie? Chcą otworzyć tę Qanarię
na świat? -Dokładnie tak
jest. I więcej - dać Europie sw—j wspaniały język.
A ja chciałbym im w tym pom—c. Chociażby ze względu
na mojego ojca. -I pan ten język
zna? -Oczywiście. R—wnież
i z tym językiem pragnę pana zapoznać. Ale wr—ćmy
jeszcze do spisku antytolkienowskiego. Chciałbym powiedzieć,
że o tym dowiedziałem się r—wnież od mojego ojca.
Niebacząc na niebezpieczeństwo m—j ojciec podjął
się samotnej walki z Volapudami. W końcu udało mu się
przeniknąć do najbliższych kręg—w Krogultsa.
Swego czasu, w pewnych okolicznościach, sam szef przyjął
go w swojej kolejnej
siedzibie, tym razem gdzieś w Alpach. Nad kuflem piwa chwalił
się wyczynami swojego dziadka. A za jego plecami wisiał
porteret starego marynarza pędzla Arcimboldo. Z całą
pewnością ukradziony. -Najwyraźniej Krogulets
nie wiedział przed kim odsłania swoje tajemnice. -Wtedy tak. Ale niestety.
-M—j rozm—wca westchnął . - Chyba w końcu się
zorientował bo m—j
ojciec parę lat p—źniej zaginął. W dziwnych okolicznościach.
Zwabiono go na fikcyjny zjazd. Miłośnik—w fikcji. Fikcyjny Zjazd Miłośnik—w
Fikcji. -Powt—rzyłem to niczym formułę groźnego
zaklęcia. -Tak. Ojciec zaginął.
I miało to miejsce właśnie tutaj, w Sztokholmie.
Zorientowałem się, że Volapudzi organizowali
takie fikcyjne zjazdy. W ten spos—b kontrolowali środowiska w
kt—rych w każdej chwili m—gł pojawić się ktoś
zainteresowany zakazanym tematem. A wtedy ten ktoś po prostu
znikał. Zabrzmiało to nieprzyjemnie i ponuro.
Nie wiedziałem co zrobić. Przeprosiłem go na
moment i sam poszedłem po jeszcze jedną
kawę. Byłem tak podekscytowany, że filiżanka
i spodek dzwoniły nerwowo w mojej dłoni. Wracając do
stolika zdążyłem nieco zebrać myśli. -Rozumiem teraz, że
prowadzi pan tutaj poszukiwania? -Tak. Szukam ślad—w
ojca. Narazie jednak bez skutku. Moja obecna wizyta r—wnież jest
z tym związana. Nowy trop. -W takim razie jak m—głbym
panu pom—c? -Przekażę
panu pewne dokumenty. R—wnież i ten szkic ze skorpionem usiłującym
pochwycić rybę. Myślę, że w pana rękach
będą bezpieczne. Mam dla pana r—wnież dokładny
opis języka z îsmej Wyspy, a także cały pański
artykuł w języku... Atlango. Osobiście przetłumaczyłem. Nagle wysunął
ku mnie dłoń z pierścieniem i wskazał palcem na
symbol. Teraz dopiero zwr—ciłem uwagę na wygrawerowaną,
czteroramienną gwiazdę. -Proszę spojrzeć.
To jest znak Atlango. Gwiazda zbudowana z czterech liter A. Wskazują
cztery strony świata. Atlango
... żadnych trudnych w wymowie zbitek fonetycznych, żadnych
dziwacznych liter...Niech pan tylko posłucha: Qi tu saba ke juste
Plato esta awtoro di la dikturo ke le ple grana donazo por homajo Poprosiłem go żeby
powt—rzył. Przyznałem, że brzmiało to doskonale
i rzeczywiście, częściowo rozumiałem. Sam jednak przetłumaczył.
-ÓCzy wiesz, że to właśnie Platon jest autorem
powiedzenia, że największym darem dla ludzkości byłby
wsp—lny język?Ó -Jeśli nie ma specjalnych
liter - Zauważyłem - to nie byłoby problemu z publikacją
na internecie. I zaraz usłyszałem
sw—j własny głos: - M—głbym się podjąć
zorganizowania specjalnej strony poświęconej temu językowi.
Niezależnie od publikacji w piśmie. W ten spos—b
najszybciej można będzie rozpowszechnić Atlango. Na
przek—r Volapudom. -Estupendo! -Mojemu
rozm—wcy wyrwało się hiszpańskie słowo. A więc
upoważniam pana do tego. Na internecie! Nagle zaczął
mocować się z pierścieniem i za chwilę położył
go na malachitowej teczce. -Proszę przyjąć
ten pierścień. Cofnąłem się
z całym krzesłem. -Absolutnie proszę
żeby pan nie odmawiał. -Zaczął nalegać.
- Cieszę się, że pana spotkałem. A to za
pański przyszły wkład.
To i tak symbolicznie. Nie mogę się panu odwdzięczyć
w inny spos—b. W tym momencie w jego
kieszeni jego trencza zadzwonił telefon. Drgnął nadzwyczaj
nerwowo. Zanim podni—sł telefon do ucha głośno przełknął
ślinę. Przez chwilę wymieniał cicho jakieś
hiszpańskie zdania podczas gdy w mojej głowie myśli
wirowały mi bardziej
niż te smugi kłębiące
się na malachitowej teczce. Schował telefon
i zerknął na zegarek. Wyraźnie zaczął się
śpieszyć. Wydobył z kieszeni plik kartek. -Proszę pana. Tutaj
ma pan te dokumenty. Nie, niech pan nie wkłada ich do teczki.
-Powtrzymał mnie. -Niech pan je złoży i wsadzi do kieszeni.
Tak będzie bezpieczniej. Na moment zawachał
się patrząc na plik kartek. -No bueno. Zastukał nerwowo
w blat stolika i rozejrzał się. -Coś się stało?
-Zapytałem. -Zapomniałem map.
- Powiedział z zakłopotaniem. -To nic. Mogę z
panem podjechać do hotelu. -Zaproponowałem wsuwając
dokumenty do kieszeni. Samoch—d... -O nie, nie. -Powstrzymał
mnie ruchem dłoni. -Czy byłby to dla pana kłopot gdybyśmy
się spotkali jeszcze raz, jutro? -Tutaj? -W żadnym wypadku.
-Powiedział stanowczo. - Najchętniej gdzieś indziej.
Może ÓGamla StanÓ? -Rozumiem: Sztokholmskie
Stare Miasto. -Na końcu długiej
ulicy widziałem sklep muzyczny. -Owszem, znam ten placyk. -A więc po drugiej
stronie w kawiarni. O tej samej porze? -Na pewno będę.
-Zapewniłem szykującego się do odejścia emisariusza
z Teneryfy. -I niech pan przyjmie
ten pierścień. -przypomniał i zaraz dodał: - Od
dzisiaj... jest pan wtajemniczony. -W Atlango? |